poniedziałek, 25 lutego 2013

POLSKA SZKOŁA SOCIAL MEDIA



Wiele się mówi i pisze w ostatnich czasach o ogromnych marketingowych możliwościach, drzemiących w social mediach. Ninja z całego kraju wymieniają się znamienitymi przykładami akcji reklamowych, przeprowadzonych na platformach, takich jak Facebook, Twitter lub Instagram. Pisane są książki, blogi, odbywają się konferencje i zjazdy. Jest to całkowicie zrozumiałe, bo któż nie lubi pomarzyć. Jedni marzą o byciu gwiazdą rocka, która na śniadanie wciąga koks z pępka nastoletniej Azjatki, inni o tym, jak to byłoby fajnie, gdyby w sm dało się takie cuda robić, jakie robią na świecie. Ja wolę to pierwsze, bo - nie oszukujmy się - to, że zostanę gwiadą rocka, jest o wiele bardziej prawdopodobne niż to, że klienci agencji reklamowych z naszego podwórka naumiają się wreszcie twarzo-książki, o reszcie nie wspominając. Spójrzmy na to ogólnie, nie zagłębiając się w przypadki tych, którzy chcą, aby ich posty na Facebooku były pisane fontem z manuala. Już płaczę.
Wejście
- Panie kliencie kochany, chcielibyśmy przeprowadzić kilka działań reklamowych, opartych o fanpage na Facebooku.
- Na czym? Nie możemy ograniczać naszych działań do jakiejś jednej strony. A co z ludźmi, którzy tam konta nie mają? Ja na ten przykład nie mam. Zróbcie mi lepiej landingpage i do tego konkurs smsowy. Koniecznie z kodem z paragonu.
Po pierwsze, to trzeba klienta namówić na działania w social mediach. Nie jest to proste, ponieważ większość z nich pozostała w czasach insertu do codziennej gazety czy broszurek reklamowych, a merketing w internecie to dla nich double billboard na gazeta.pl. Możemy sobie gadać o tym, jak to Facebook umiera i czekać na wielki Tweeterowy boom - klient nadal czeka na wielki boom Naszej Klasy. Wspomnij o kampanii na Instagramie albo Pinterest, to Cię pozwie do sądu za to, że mu ubliżasz na spotkaniu. Najgorsze jest to, że jak ktoś powinien w sm wejść, to się waha lub w ogóle tego nie robi, ale jak ktoś produkuje flaczki do kaszanki albo krokwie dachowe, to zapierdala na Facebooka jak Radomianie po napoje gazowane - przecież każdy chce mieć ich posty w news feedzie.
Zasięg
- Panie kliencie kochaniutki, z dumą informujemy, że nasz fanpage osiągnął planowaną liczbę użytkowników i jesteśmy teraz na poziomie dwustu tysięcy, a nasz sm manager jest tak szczęśliwy, że od pół godziny w łazience się po kroczu mizia!
- No właśnie. Zastanawia nas to przez cały czas: co my z tego mamy tak naprawdę? Bo ja nie wiem, czy jest sens to trzymać. Wrócimy do tego, czy możemy przejść do rzeczy ważnych? Jak tam nasze woblery do supermarketów? Dotarły do drukarni?
Zawsze mało. Najpierw zasięg, potem rzeźba! Po co wydawać kasę na tych agencyjnych darmozjadów, jeżeli na naszym fanpage’u nie ma jeszcze całej Polski, połowy Ukrainy i kilku państw z Bliskiego Wschodu? Siędzą tylko, bawią się internetami, w gry grają, sziszą się narkotyzują i wciskają mi jakieś bujdy o zaangażowaniu. Ja się pytam, gdzie ci wszyscy ludzie, którzy chcą kupić moje batoniki o smaku chipsów kebabowych?! Jeżeli mamy tylu fanów, to czemu produkt się nie sprzedaje? Wiecie czemu? Bo woblery brzydkie zrobiliście!
Zaangażowanie
- Czy ja się jasno wyrażałem? WIĘCEJ POSTÓW O PICIU KAWY I PIĄTKU! Ludzie to klikają, więc dajmy tego więcej. I te z opcją szer i lajk. Koniecznie.
- Ale panie kliencie jedyny Ty nasz najukochańszy, pan zawiasy do drzwi produkuje...
Jebana mantra o kawie i piątku. Ktoś kiedyś sobie wykoncypował, że jak ludzie zobaczą “Już jutro piąteczek! Jakie macie plany? ;))))” albo “Piliście już dziś kawę? Smakowała wam?”, to sprzeda tym produkt. “Tak, kurwa! Piłem już kawę, a że się spieszyłem, to oblałem sobie całą twarz wrzątkiem! Pomyślałem wtedy, że nie stałoby się to, gdybym w drzwiach miał wasze zawiasy, i dawaj w te biegi, poleciałem do sklepu je kupić, co by już nigdy więcej się nie poparzyć i nie mieć twarzy podobnej do pizzy cztery sery. Ojej, już wiem, co zjem na lunch! To znowu dzięki wam! Kocham was i tak bardzo się zaangażowałem!” - prosty proces myśleniowy od internetu do półki sklepowej. Każdy tak ma, prawda?
Czas 
- Panie szanowny, nasz jedyniutki, Ty nasz księciuniu klientów najjaśniejszy na niebie - w internecie się dzieje śmieszna akcja, zróbmy z tego mema z naszym produktem, bo pasuje dobrze, a ludzie lubią takie rzeczy. Wysyłamy propozycję.
- No nie wiem. O co tu chodzi? Wysyłam do przełożonej.
- (przełożona) Hmmm, wysyłam do działu prawnego.
- (dział prawny) Robimy testy korytarzowe i ślemy do głównego księgowego.
- (główny księgowy) Chyba nas na to jeszcze stać. Wysyłam do działu komunikacji z klientem.
- (dział komunikacji z klientem) Nam się podoba, wysyłamy do działu controllingu i pani Gieni z bufetu.
- (pani Gienia) nie rozumiem...
- (dział controllingu) Hahahahaha! Dobre! Ślemy do prezesa.
- (prezes) W dniach 23.02.12 - 30.02.12 jestem na urlopie...
Po dwóch tygodniach mailowej odysei klient daje zielone światło. Super! Wrzucimy nasze dzieło i tych pięciu młotków, co to ze wszystkim się budzą po czasie i do dziś wrzucają Gotye na swojego walla, się uśmieje po pachy. Cała reszta napisze nam, że stare, suche i przeliteruje nam, gdzie mamy sobie taki post umieścić. Niestety, jedna pani albo jeden pan nie potrafi zdecydować, więc bujamy się mailowo przez tydzień w czasach, kiedy coś z wczoraj jest już stare jak Bogurodzica. Wszystko jest za to przemyślane, zaplanowane i niezmiennie do dupy. Konstans w nijakości utrzymany. Pogratulujmy sobie.
Aplikacje 
- Po wczorajszym brejnsztormowaniu mamy pomysł: chcielibyśmy, żebyście zrobili nam taką prostą aplikacje konkursową. Klient ma kupić nasz produkt, namówić do zakupu 50% swoich znajomych na Facebooku, z opakowań wybudować sanki, na tych sankach zjechać z całą swoją rodziną z jakiejś górki, nagrać z tego film i wgrać do aplikacji. I niski próg wejścia ma być. Nagrodą główną będzie breloczek.
Na mój gust, można by dodać jeszcze punkt o obowiązkowym wytatuowaniu sobie wizerunku prezesa na czole. Przecież ludzie nie mają nic innego do roboty niż spędzić pół dnia nad naszym konkursem. Czasy są spokojne. I dlaczego zawsze chodzi o aplikację? Jakby w sm nie dało się zrobić nic innego. 
Kryzysy
- Panie nasz królu złoty, z wszystkich klientów najłaskawszy dla nas maluczkich. Jest problemik na fanpage’u. Jakiś klient wylewa na nas pomyje i ma rację. Mało tego, dołączają do niego inni. Musimy działać szybko i delikatnie niczym agent Tomek, kiedy Sawicką bajerował.
- No tak. Pewnie chodzi o te kozie bobki oblane czekoladą, które trafiły na rynek zamiast orzeszków ziemnych. Bez przesady - skasujcie posty i udawajmy, że nic się nie stało.
Biorąc pod uwagę to, jak ludzie są zachłanni na gratisy, w większości przypadków wystarczy przekierować delikwenta na priva, ładnie przeprosić za utrudnienia, wysłać mu bonusowe opakowanie cukierków i po sprawie. Niestety, większość decydentów woli schować głowę w piasek albo, idąc drogą Ministerstwa Edukacji Narodowej, w przystępny i kulturalny sposób napisać, żeby spierdalali. No cóż, byli już tacy, co myśleli, że z internetem wygrają, i zawsze kończyli tak samo - na środku wielkiego, internetowego bukkake.
Przyznam szczerze, że trzymam kciuki za tych wszystkich twardzieli, którzy próbują zmienić obecną sytuację i szerzyć dobrą socialmediową nowinę. Róbcie to dalej, a wszystkim nam będzie żyło się lepiej i będziemy mogli robić fajniejsze rzeczy. Ja będę kibicował Wam do samego końca - Waszego albo social media. Na razie wracam do skakania po mieszkaniu z miotłą i wyobrażania sobie, że gram “Rockin’ in the free world” dla pięćdziesięciotysięcznej publiki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz