środa, 20 marca 2013

Z PAMIĘTNIKA NAPIĘTEGO GRAFIKA - VOL.10


Ekant Darek jest mściwą wywłoką, która znęca się nad swoimi Bogu ducha winnymi klientami. Podobno stał się taki, po tym jak jedna z lasek od strony klienta wysyłając mu mailem jakieś prezentacje w Powerpoincie, poprosiła o ich odesłanie z powrotem, gdyż „będą jej jeszcze potrzebne”. Ekant Darek długo w milczeniu patrzył w monitor na tego maila, potem wstał zza biurka, wziął kapotę i bez słowa gdzieś wyszedł. Nie było go jakiś czas, a gdy wrócił, miał dziwnie odmienioną twarz, a na czole pulsowała mu taka czerwona żyłka. Usiadł do komputera i z nienaturalnym uśmiechem szaleńca odpisał lasce coś w rodzaju: „Przepraszam, czy mogłaby Pani przesłać mi tego maila jeszcze raz, bo nie wiem czy dobrze Panią zrozumiałem?”. A gdy ona faktycznie wysłała go jeszcze raz, ekant Darek od tej chwili już nigdy nie był takim samym człowiekiem jak wcześniej.
O ile dotąd starał się zachowywać jakieś pozory uprzejmości względem osób, z którymi zmuszony był współpracować, o tyle po tej akcji już nigdy się na to nie zdobył. Na przykład rozmawiał spokojnie przez telefon, lecz gdy odkładał słuchawkę krzyczał jeszcze na nią przez chwilę: „Taaak, ty chuju, jaaaaasne, że ci zaraz wyślemy nowe propozycje! Pójdę do kreacji i powiem im, że niczego nie zrozumiaaaaałeś z ich pomysłów, i że będą musieli zrobić nowe. Jaaaaasne, że na dzisiaj, ty kutaaasie. Przecież gdybyś chciał na juuuuutro, to byś zadzwonił juuuutro!”. Przeciągał sylaby jak Adaś Miauczyński, aż się inni z jego działu zaczęli martwić o niego. Siadał w kącie pokoju, patrzył w milczeniu za okno i nagle zrywał się z okrzykiem „Kurczę, ja to powiedziałem, czy tylko pomyślałem?!”. Ekant Darek definitywnie już nigdy nie był jak wcześniej.
Zaczął się na przykład mylić. W treściach jego maili zaczęły pojawiać się literówki, niby że palec zeskoczył z klawisza i trącił sąsiedni, tak to tłumaczył później przełożonym. Ale nie wiem, czy gdy klient dostaje maila, w którym na końcu zamiast szablonowego „dzięki” 'ę' zamienia się w 'w', to czy to nie jest zamierzone. „Podsyłamy nasze nowe pomysły, mamy nadzieję, że się spodobają. Informujcie nas jak najszybciej, co o nich myślicie. Dziwki!”. Kolega od niego z pokoju podobno podpatrzył, jak ekant Darek po napisaniu maila z wyceną czy harmonogramem do klienta na końcu treści dodawał jakieś bluzgi, tyle że zmieniał im kolor czcionki na biały, żeby nie było ich widać. Prowadził najwyraźniej taką swoją małą wojnę z klientem, ale czy istotnie w niej wygrywał?
**********
Jeśli chodzi o „omyłki” to pamiętam pewnego operatora DTP (Janusz mu było) z ogromnymi ambicjami na grafika. Koleś był młody i jak to tylko młody potrafi – bezczelny. W projekty, które przygotowywał do druku według wzorca kreacji lubił wplatać swoje treści. Nie zawsze zgadzał się z projektem arta, więc poprawiał go po nim, zmieniając na przykład kolor oczu modela albo dodając mikronapisy w rodzaju „Legia Pany” widoczne na kliszach drukarskich jedynie przy wielkim zbliżeniu albo pod mocna lupą. Raz kilku postaciom występującym na projekcie dał twarz Wojtyły (tłum na drugim planie na szczęście), innym razem zmienił rejestrację samochodu na coś w rodzaju HWD P3029. Lubił najwyraźniej trzymać rękę na pulsie i strasznie go mierziło, gdy nie mógł jakoś wpłynąć na ostateczny kształt reklamy. Prezes agencji na szczęście był idiotą i nie dostrzegał tych wszystkich kwiatków, a i klienci chyba niezbyt rozgarnięci, bo wszystko się kręciło i nikt nie płakał. Ale do czasu.
Janusz podrywał ekancicę Monikę. Specjalnie w prace, które przygotowywał, wplatał drobne błędy, aby ekancica Monika zmuszona była wrócić z nimi do niego i w pąsach i zalotnych uśmiechach prosić go o drobne zmiany. Janusz podnosił poprzeczkę, aż w końcu przesadził. To była głośna sprawa, chyba z 1997 roku. Przygotowywali wtedy jakąś ulotkę na tace dla którejś z wielkich sieci fast foodowych. Sprytny Janusz chcąc wymusić na ekancicy Monice kolejną wizytę w jego pokoju przerobił logo Coca-Coli na logo Cola-Cola. Zrobił to tak dobrze, że na pierwszy rzut oka nikt zmiany nie dostrzegł. Ekancica Monika również jej nie dostrzegła, więc ulotkę po prostu puściła do druku. Kapnął się dopiero drukarz i to chyba dopiero po wydrukowaniu drugiego miliona egzemplarzy tejże ulotki. Nakład ostatecznie należało przeżuć i połknąć, główny ekant w przeciągu tygodnia całkowicie osiwiał (autentyk!), a prezes naszej agencji musiał po raz kolejny zaprosić prezesa klienta na duże lody. Operatorowi Januszowi jedyne co można było zrobić, to go wypierdolić z roboty. Dziś zresztą jest jednym z głównych macherów w dużej stacji telewizyjnej i ma się świetnie. Oto dowód, że do niektórych gówno po prostu się nie przykleja.
**********
Gdy kilka lat temu pod nasze strzechy zawitał Facebook, nasz świat uległ trwałej zmianie. Gdy ja sam odkryłem Facebooka i po jakimś czasie zacząłem go w myślach pieszczotliwie nazywać buniem, zrozumiałem, że również uległem trwałej zmianie. Były to czasy, gdy jeszcze przejmowałem się tym, co ludzie wypisują pod moimi postami, liczyłem (na) lajki, a przez większą część dnia zajmowałem się tzw. budowaniem wizerunku na wallu. Autowizerunku oczywiście. Gdy sobie to w końcu uświadomiłem, uświadomiłem sobie własną małość oraz kolejne (które to już?) uzależnienie, w odruchu racjonalnego przebłysku postanowiłem rozstać się z buniem definitywnie. Postanowiłem usunąć swoje konto z Facebooka bezpowrotnie.
A to nie jest, jak się okazuje, takie proste.
Sztab najlepszych psychologów amerykańskich sowicie opłacanych przez Marka Zuckerberga dba o to, abyś z Facebookiem rozstać się nie mógł. Gdy wyrażasz pierwszą, nieprzemyślaną jeszcze dobrze ochotę na taki krok i klikasz w opcję „Usuń swoje konto”, Facebook robi wszystko, aby od tej decyzji cię odwieść. Na początku dopytuje cię niczym cierpliwa ciocia, czy aby na pewno WIESZ, co chcesz zrobić. Gdy w swojej desperacji deklarujesz, że tak, wiesz co robisz – usuwasz swoje konto z Facebooka – ten pyta cię, czy aby na pewno CHCESZ to zrobić. W twojej głowie zaczynają rodzić się wątpliwości, że zaraz, zaraz, czy aby na pewno jest to konieczne? Przecież to tylko zwykły serwis społecznościowy, taka zabawa w sumie. No ale nie, przed oczami przelatują ci te wszystkie tragiczne posty opublikowane i te nieopublikowane, które układałeś w swojej głowie przed zaśnięciem, i już wiesz, że dłużej tego nie ma co ciągnąć. Koniec z marnowaniem życia, od dzisiaj będę siedział na ławce w parku, a nie na wallu. Będę innym człowiekiem. Będę w ogóle człowiekiem! Klikasz więc w guzik „Tak, decyduję się”.
Bunio jednak się nie poddaje, bunio cierpliwy jest jak boża łaska. Jak miedź brzęcząca albo niczym cymbał brzmiący. Zapyta cię więc, czy jesteś świadomy swojej decyzji. Przecież po usunięciu konta z Facebooka nie będziesz miał kontaktu z tyloma wspaniałymi przyjaciółmi. Nie będziesz mógł grać w te wszystkie wspaniałe gry, którymi raczą cię znajomi, nie będziesz mógł korzystać z tych wszystkich nieziemskich aplikacji, które specjalnie na Facebooka (specjalnie dla ciebie) zostały napisane.
Jesteś twardy. Po raz kolejny z niewzruszonym sercem klikasz „Tak, zdecydowałem się ostatecznie”. Masz wrażenie, że podobnie okropnie musi czuć się samobójca wiążąc pętlę na swojej szyi, tak czuć się musi koleś na dachu wieżowca na chwilę przed skokiem. Oto kończy się wszystko. Oto odchodzą wszyscy, których znałeś i lubiłeś. Od tej chwili nie będzie niczego. Naprawdę niczego. Czeka cię samotność w sieci. Trudno.
I wtedy Facebook robi coś, co kruszy najtwardsze skorupy twojej znieczulicy społecznej. Publikuje trzy przypadkowo dobrane zdjęcia z grona twoich znajomych. Umieszcza je wielkie na środku strony i pisze komunikat: „ONI BĘDĄ ZA TOBĄ TĘSKNIĆ”. Czy teraz nadal jesteś pewny, że chcesz usunąć swoje konto z Facebooka?
Czujesz się jak ostatnia niewdzięczna dziwka. Jak syn marnotrawny, który nie chce wrócić na łono rodziny. Jak psychopata jakiś, który właśnie oto zamyka się sam ze sobą w swoim domu, aby zaprojektować linię ciuchów z ludzkiej skóry. Ci ludzie wszyscy, znajomi z fejsbunia, przecież proszą cię o to, abyś pozwolił im pomóc sobie. A ty nic. Po raz siódmy klikasz „Tak, zdecydowałem się”. Fuck you all, nienawidzę was i nie mogę na was patrzeć.
A wtedy bunio pisze radosną wiadomość „Twoje konto zostało tymczasowo dezaktywowane. W każdej chwili będziesz mógł powrócić do niego logując się ponownie”. Rozumiecie to rozczarowanie? Niby usunąłeś konto, ale ono wciąż na ciebie tam czeka. Wystarczy, że chociaż raz się zalogujesz... Chociaż rassssss.....
Wytrzymałem pół roku. Świadomość, że prawdziwe życie omija mnie wielkim łukiem nie dawała mi spać. Codziennie myślałem o buniu jak o odrzuconej prawdziwej niespełnionej miłości. Jak o ukochanym narkotyku, jak o maminych pierogach, jak o zdobytej kiedyś i porzuconej cnocie Anki z IVb...
Wróciłem więc, ale przewrotnie postanowiłem zmienić swoje nazwisko na coś bardziej enigmatycznego. Nie chciałem już przecież być tym, kim byłem kiedyś. Padło na „Człowiek Nikt” autorstwa Edwarda Stachury, największego spośród copywriterów polskich, kiedyś przed erą hipsterów nazywanych poetami. Kto nie zna jego „Kropki nad Ypsilonem”, ten nie wie, co to znaczy bawić się językiem polskim. Człowiek Nikt funkcjonował z powodzeniem przez parę tygodni, dopóki znowu coś mnie nie tknęło i nie postanowiłem zmienić tego na łaciński odpowiednik, czyli „Homo Nemo”. Bo tak ładniej, krócej i wdzięczniej. Nie minęło parę dni jak moje konto na buniu zostało zablokowane, a ja dowiedziałem się, że to za „propagowanie treści powszechnie uznawanych za obraźliwe”...
Jeśli Facebook jest człowiekiem, to musi to być bezgranicznie wredny, złośliwy, jednooki karzeł. Albo stara i brzydka, chora na trypra bułgarska prostytutka z lasu. Albo dealer, który do koksu dosypuje tłuczonego szkła. Albo dyrektor programowy telewizji Polsat...
Wcielony szatan po prostu.
Dima Słupczyński

4 komentarze:

  1. Strasznie mi się podobało co napisałeś powyżej, teraz będę dziękować tak: dziwki. Pisz więcej, a ja to chętnie poczytam mój meil: deluxa1|@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach... ale zapominasz, że Facebook musi być czystszy od dziewicy orleańskiej i świętszy od śp. Prezydenta niedoszłej 4 RP.
    Otóż wystarczy zamieścić zdjęcie które ma cokolwiek wspólnego z zabronionymi tematami, a twoje konto poleci szybciej, niż zdążysz powiedzieć Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch (* taka miejscowość w Wielkiej Brytanii)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja wyszedłem po zobaczeniu w mailu od klienta: "poproszę większą trzcionkę."
    A darcie się po odłożeniu słuchawki to norma. I ta niepewność - czy on to słyszał?
    PS: sto lat temu, pracowałem jako obsługa klienta w firmie komputerowej. Zadzwonił klient na stacjonarny (komórek nie było) i poprosił o cenę na coś. Położyłem słuchawkę i poszedłem poszukać cennika czy czegoś tam. W tym momencie do pokoju wpadł wkurwiony kumpel, klapnął przy moim biurku, złapał słuchawkę i zanim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, wywrzeszczał "właśnie tak, dziwko!" Kulaliśmy się dusząc ze śmiechu przez przynajmniej 2-3 minuty. Pandemonium. A potem wziąłem słuchawkę i spokojnie poinformowałem go o cenach.

    OdpowiedzUsuń