poniedziałek, 20 maja 2013

Kolejna ciekawa prezentacja.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Newerending prodżekt



Nieopodal każdej agencji lub domu produkcyjnego znajduje się mały cmentarzyk, na którym pochowani są graficy, programiści, animatorzy, project managerzy i trochę innych ludzi, którzy nie wytrzymali fizycznie i psychicznie tak zwanego niekończącego się projektu.

Niekończący się projekt - jak sama nazwa wskazuje - nigdy się nie kończy. Nieważne, czy jest to rozpisanie strategii marketingowej na nadchodzące trzy lata, zaprojektowanie strony internetowej, woblerka czy animacja logotypu, trwająca 8 sekund. Każdy projekt można poprowadzić tak, że będzie się ciągnął przez rok, jednocześnie doprowadzając do załamania nerwowego kilka osób. Każdy w agencji zastanawia się wtedy: “Jakim, kurwa, cudem robimy tę ulotkę od pół roku? To niemożliwe!” - a jednak newerending prodżekt is newerending. Jak to się dzieje? Prosz.

Wszyscy z nas go przeżyli albo chociaż się o niego otarli. Najlepiej zorientowani w nim są ci nowi w branży, bo to zazwyczaj im daje się te agencyjne zarazy. Przychodzi szef i mówi:
- Młody, przesłałem Ci materiały dotyczące ulotki Spokojexu Junior. To taki lek uspokajający dla nadpobudliwych dzieci. Zresztą, dowiesz się wszystkiego z korespondencji mailowej. Przyłóż się, bo klient jest już - delikatnie mówiąc - wkurwiony na maksa. Projekt trochę się już ciągnie, więc musimy go szybko skończyć. Jeżeli to ogarniesz, pomyślimy o przedłużeniu Twojego stażu do 6 miesięcy i pomyślimy o finansach z nim związanych. Nie będziesz już musiał płacić. Cieszysz się?

Kiedy Młody się cieszy i zaczyna zapoznawać się z korespondencją mailową, której początki sięgają czasów pierwszych wypraw krzyżowych, reszta agencji po cichu robi zakłady: kiedy dopadnie go bezsenność, notoryczne rozwolnienie i uzależnienie od Spokojexu. Nikt nawet nie zakłada, że da radę - zbyt wiele stracili pieniędzy na takim obstawianiu.

Następnego dnia żółtodziób przesyła swoje projekty. Pod koniec dnia klient przesyła poprawki. Młody je wprowadza. Sytuacja powtarza się przez kolejny miesiąc i wtedy Młody osiąga pierwszy sukces: klient zaakceptował krój fontu na wlanym lorem ipsum. Młody jest zmęczony, ale dumny. To jego pierwszy sukces w życiu zawodowym. Nawet szef poklepał go po ramieniu. Młody nie wie, że zrobił to, aby sprawdzić jego stan psychiczny i podnieść stawkę zakładu.

Jest coraz gorzej. Młody pracuje szybciej, bo wydaje mu się, że to coś zmieni. Przychodzi wcześniej, wychodzi później. Po dwóch miesiącach wydaje mu się, że jest już u końca krucjaty. Wtedy klient zwołuje walne spotkanie z agencją. Okazuje się, że zmienił się brand manager odpowiadający za projekt. Tamten poprzedni jakoś nie czuł tego projektu, a ten nowy całkowicie go nie czuje. Zapada decyzja o debriefingu czyli całkowitej zmianie założeń. Młody widzi tu jakąś nadzieję i w swej radości nie zauważa nawet, że nowy prowadzący ma w stopce maila wpisane: “Jacek Czepialski. Junior Brand Manager. Będę się przypierdalał, bo jestem tu nowy i muszę się wykazać. Pozdrawiam”.

Jako że manager Jacek sobie z ryja cholewy nie robi, tango przypierdalango ciągnie się jeszcze kilka miesięcy. Jest o co walczyć - reklama dźwignią handlu, a ulotka dzwignią polskiej reklamy. Młody jest młody  już tylko z ksywy i metryczki, bo wygląda jak Kuba Wojewódzki: stary, styrany życiem pierdziel w ciuchach nastolatka. Dodatkowo ciągle się drapie, skaczą mu powieki, nie kontroluje prykania i ciągle coś do siebie mówi. Nie ma się co dziwić - każdego by zmęczyło codzienne podejmowanie wyzwań, takich jak: bardziej w lewo, bardziej w prawo, mało medyczny ten zielony, chyba to czuję, nie - jednak tego nie czuję, wróćmy do wersji nr 46 itp.

Pewnego dnia pojawia się światełko w tunelu. Klient przesyła maila, aby wstrzymać wszystkie prace, bo nie jest jednak zadowolony z przebiegu realizacji projektu, więc rozpisuje nowy przetarg. Młody czyta to z bananem na twarzy, bo dawno już coś mu się wypaliło w mózgu, dlatego nawet nie rozumie, że czekają go konsekwencje. Przełożeni zresztą darują sobie karanie chłopaka, bo ma to taki sam sens, jak krzyczeć na stołek, a dodatkowo - o czym chłopak jeszcze nie wie - agencja weźmie udział w ponownym przetargu. Stawki w zakładach idą w górę, Młody odracza moment, w którym spocznie na pobliskim cmentarzyku.

Myślicie, że Młody ogarnie to przy setnym z rzędu podejściu? Nie. Bo to niekończący się projekt ulotki o proszkach na dziwne dzieci. Po Młodym przyjdzie kolejny Młody albo Młoda i też polegnie. Kiedy już komuś uda się doprowadzić to cacko do wydruku próbnego, klient zrezygnuje z projektu, bo akurat nie będzie miał na niego budżetu. Tymczasem pierwszy Młody się przekręci, inny młody zacznie robić pod siebie i nie dostrzegać w tym nic złego, brand manager pokazaże, że jest potrzebny w Spokojexie, relację klient-agencja też pozostaną spoko - sumując: same pozytywy. Tylko trochę szkoda tych “kilku” godzin spędzonych nad projektem. Nic to! Będą kolejne.

Patryk Bryliński

czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiedza o produkcie


Przyszło nam pracować dla firmy kosmetycznej. Zadaniem było zrobienie reklamy onlajnowej, dla podkładu do makijażu. Okres był przedświąteczny, cała kreacja zawalona robotą a termin kurczył się jak ptaszek w Bałtyku. Zebraliśmy więc tych, co to jeszcze odrobinę siły twórczej i czasu mieli i siedliśmy na szybkiego brejnsztorma. Traf chciał, że było nas trzech facetów. Siedzimy, myślimy, nikt nic nie mówi. Atmosfera jak na siłowni - sapanie, wzdychanie i pierdzenie. W końcu art wypala: “No dobra kurwa, a co to jest właściwie ten podkład?”, na co Copy: “A malowałeś kiedyś ścianę?”

czwartek, 11 kwietnia 2013

Junior ma rok.


drodzy nasi. kończymy dziś roczek i z tej okazji pójdziemy do parku. usiądziemy na tej samej ławeczce, na której równo rok temu narodziła się nasza uśmiechnięta pani i zalejemy się w trupa. łzami zalewamy się codziennie, więc dziś niech płynie proste wino. pora na toast i prezenty.

gratulujemy wam i podziwiamy was, że tak długo nas znosicie. jest was bez mała trzydzieści tysięcy. trzydzieści tysięcy sfrustrowanych, przepełnionych goryczą, balansujących na granicy szaleństwa mądrych i kreatywnych ludzi, których zła karma skazała na konieczność tworzenia dla kogoś. dla kogoś, kto najczęściej o waszej pracy nie ma zielonego pojęcia, za to z głupotą i arogancją nie ma żadnych problemów. dla was wszystkich najszczersze życzenia dalszej wytrwałości, dystansu do siebie i świata oraz niegasnącej pomysłowości. nie ustawajcie!

a w prezencie obrazek z autentycznym, wczoraj zasłyszanym tekstem, który podsumowuje całą naszą polską branżę reklamową i poboczne. pozdrawiamy!





niedziela, 24 marca 2013

Oh, sałatko, przestań! Jesteś taka zabawna!






Lata ostatnio w telewizji reklama pewnego kosmicznego sprzętu, którym jest obrotowy (!) mop. Nazwy firmy nie pamiętam (słaby branding najwyraźniej), ale gdy zobaczycie, to poznacie - obstawiam, że niewiele jest podobnych cacek na rynku. No więc reklama wygląda tak: dwie poważne panie spotykają się w wielkim, meganowoczesnym laboratorium, którego nie powstydziłoby się NASA ani CERN. Jedna z pań - tak zwany ekspert - prezentuje drugiej przełomowe funkcje kręcącego się mopa i opowiada o zbawiennym wpływie tegoż urządzenia na codzienne życie współczesnej kobiety (bo przecież tylko kobiety sprzątają). Oglądając to arcydzieło, zastanawiam się, kiedy szorowanie podłogi przeniosło się na uniwersytety i stało się dziedziną naukową. Co studiowała nasza pani ekspert? Mopologię? Podłogologię? Czy ma tytuł doktora? “Dzień dobry, nazywam się Żaneta Kućko-Przykładowska, jestem doktorem szmatologii”. Gdzie na świecie są laboratoria, zajmujące się mopami? Czy szmatolodzy dostają nagrody Nobla? Czy gdy zasuwam na szmacie, to wpadają mi punkty ECTS? Czy komuś się przypadkiem coś nie popierdoliło?



Reklama ma sprzedawać marzenia. Zazwyczaj jest - jak to się mówi - aspiracyjna, więc pokazuje świat trochę lepszy od tego, w którym żyjemy naprawdę. Każdy dorosły człowiek wie, że gdy kupi sobie dezodorant marki Śmierdzielex, to nie zacznie nagle wyglądać jak ten model z telewizji, który ma brzuch tak wyrzeźbiony, że można by na nim cebulę na placki ziemniaczane  ścierać. Nie ma łatwo. Mimo wszystko sięga się po ten produkt w sklepie i podświadomie liczy się na okazyjne bzykanko z koleżanką z pracy. Robimy reklamy, oszukujemy ludzi, oni dobrze o tym wiedzą, przyjmują zasady gry, a potem sami decydują, czy kupić nasz produkt czy nie.


Zastanawiające jednak to, w którym momencie plastikowo-aspiracyjny świat przedstawiany w reklamach stał się pieprzoną krainą Oz? Ludzie nie uśmiechają się do swojego jedzenia, polskie rodziny nie mają takich wielkich mieszkań, kobiety, wychodząc do teatru, nie zabierają płynu do płukania w torebce, ludzie nie śmieją się tak do siebie na ulicy, nie ma laboratoriów, które zajmują się mopami, nie ma szmatologów! To nie jest podkolorowany świat. To jakieś marketing fiction.


Mam ostatnio przez to wszystko pewnien sen, który notorycznie się powtarza. Śni mi się, że się budzę. W łóżku obok mnie leży moja narzeczona. Jest umalowana i cała we frymuśnych ciuszkach. W ręku trzyma jakieś opakowania z pigułkami i mówi seksownym głosem: “Kotku, przyznam, że dzięki kompleksowemu działaniu tabletek Pionex i Twardex stałeś się łóżkowym lwem”. Siedzę na łóżku, dochodzę do siebie i zastanawiam się, co ona do mnie mówi. Nieważne - pewnie jeszcze do końca się nie obudziłem. Zbieram się szybko i lecę pod prysznic. Przez drzwi słyszę, że mówi o unikalnym składzie szamponu, dzieki któremu moje włosy będą biły wewnętrznym blaskiem przez 24 godziny. Jakim blaskiem? Nie mam zamiaru łazić ze świecącą głową. Skąd Ty to właściwie wiesz? Masz magistra z szamponologii? Kiedy wychodzę, słyszę jeszcze, że mam już ponad trzydzieści lat (!) i powinienem codziennie brać tamte tabletki. Mówi to z szerokim uśmiechem, czyszcząc podłogę obrotowym mopem.


W autobusie telefon szaleje - ciągle dostaję powiadomienia. Przypomnienia o jakichś urodzinach, spotkaniach, służbowe maile, przyjacielskie smsy. Nagle zagaja do mnie jakiś typ: “O. Widzę, że ma pan Smartfonex B-90210. Też mam i przyznam, że dzięki niemu, mój biznes wszedł na zupełnie nowy poziom. Już nie jest taki small” - po czym mruga do mnie okiem. Co jest kurwa? Dlaczego ten koleś do mnie cokolwiek mówi? Stary, nie jesteśmy na Wspólnej. Tu jest prawdziwa Polska. Tu się nienawidzimy i nie rozmawiamy z obcymi. Gówno mnie obchodzi twój telefon i twój biznes! I nie chwal się tak bardzo telefonem, bo ci go zaraz ukradną.

W biurze ktoś z uśmiechem proponuje mi na śniadanie batonik pszeniczny z dodatkiem miodu, rodzynek i czegoś tam jeszcze. Naprawdę czytasz skład wszystkiego, co jesz? Od kiedy to w biurze na śniadanie spożywa się cokolwiek innego niż kawę? Czemu masz cały karton tego gówna i tak mocno się uśmiechasz, jedząc to? Uśmiechasz się do batonika? Teraz jestem już pewny, że wczoraj musiałem dużo wypić i przy okazji coś wziąć. Boże, jak bardzo się męczę.

Z biura wybiegam jak szalony i od razu idę na piwo. To jedyne nie może być inne. Błagam, tylko nie to. Chuja! Koledzy przychodzą wystrojeni jak korniki na otwarcie lasu. Od kiedy to na mecz do knajpy zakłada się marynarkę i koszulę zamiast bluzy? Dobra nieważne, może wracają prosto z pracy. Tylko czy oni wszyscy nagle pracują w butikach z modą męską? Napić się. Biorę pierwszego łyka, a od razu jeden z kumpli zagaduje: “Pyszne prawda? To zasługa długo warzonego chmielu i niepowtarzalnej, krystalicznie czystej górskiej wody”. Co ty pierdolisz, stary? Przyszliśmy tu gadać o wodzie czy pokrzyczeć i poprzeklinać na polską reprezentację? Kątem ucha słyszę, że pozostali dwaj rozmawiają o nowym kremie dla mężczyzn 30 plus, poleconym jednemu z nich przez osobistego konsultanta kosmetycznego. Już mam się odwracać, by znowu powiedzieć, że to nienormalne, kiedy widzę, że kremy już leżą na stole. Przynieśliście ze sobą kremy na mecz? Co macie jeszcze w tych swoich teczkach? Obrotowe mopy? Wtedy wszyscy sięgają do teczek, a ja zawsze budzę się obok łóżka zlany potem.

Obok łóżka leżę, bo moja narzeczona mnie z niego skopała. Leży tam, zajmując całą powierzchnię, potargana, nieumalowana i w zwykłym rozciągniętym t-shircie. Najlepszy widok na świecie.

Patryk Bryliński

środa, 20 marca 2013

Z PAMIĘTNIKA NAPIĘTEGO GRAFIKA - VOL.10


Ekant Darek jest mściwą wywłoką, która znęca się nad swoimi Bogu ducha winnymi klientami. Podobno stał się taki, po tym jak jedna z lasek od strony klienta wysyłając mu mailem jakieś prezentacje w Powerpoincie, poprosiła o ich odesłanie z powrotem, gdyż „będą jej jeszcze potrzebne”. Ekant Darek długo w milczeniu patrzył w monitor na tego maila, potem wstał zza biurka, wziął kapotę i bez słowa gdzieś wyszedł. Nie było go jakiś czas, a gdy wrócił, miał dziwnie odmienioną twarz, a na czole pulsowała mu taka czerwona żyłka. Usiadł do komputera i z nienaturalnym uśmiechem szaleńca odpisał lasce coś w rodzaju: „Przepraszam, czy mogłaby Pani przesłać mi tego maila jeszcze raz, bo nie wiem czy dobrze Panią zrozumiałem?”. A gdy ona faktycznie wysłała go jeszcze raz, ekant Darek od tej chwili już nigdy nie był takim samym człowiekiem jak wcześniej.
O ile dotąd starał się zachowywać jakieś pozory uprzejmości względem osób, z którymi zmuszony był współpracować, o tyle po tej akcji już nigdy się na to nie zdobył. Na przykład rozmawiał spokojnie przez telefon, lecz gdy odkładał słuchawkę krzyczał jeszcze na nią przez chwilę: „Taaak, ty chuju, jaaaaasne, że ci zaraz wyślemy nowe propozycje! Pójdę do kreacji i powiem im, że niczego nie zrozumiaaaaałeś z ich pomysłów, i że będą musieli zrobić nowe. Jaaaaasne, że na dzisiaj, ty kutaaasie. Przecież gdybyś chciał na juuuuutro, to byś zadzwonił juuuutro!”. Przeciągał sylaby jak Adaś Miauczyński, aż się inni z jego działu zaczęli martwić o niego. Siadał w kącie pokoju, patrzył w milczeniu za okno i nagle zrywał się z okrzykiem „Kurczę, ja to powiedziałem, czy tylko pomyślałem?!”. Ekant Darek definitywnie już nigdy nie był jak wcześniej.
Zaczął się na przykład mylić. W treściach jego maili zaczęły pojawiać się literówki, niby że palec zeskoczył z klawisza i trącił sąsiedni, tak to tłumaczył później przełożonym. Ale nie wiem, czy gdy klient dostaje maila, w którym na końcu zamiast szablonowego „dzięki” 'ę' zamienia się w 'w', to czy to nie jest zamierzone. „Podsyłamy nasze nowe pomysły, mamy nadzieję, że się spodobają. Informujcie nas jak najszybciej, co o nich myślicie. Dziwki!”. Kolega od niego z pokoju podobno podpatrzył, jak ekant Darek po napisaniu maila z wyceną czy harmonogramem do klienta na końcu treści dodawał jakieś bluzgi, tyle że zmieniał im kolor czcionki na biały, żeby nie było ich widać. Prowadził najwyraźniej taką swoją małą wojnę z klientem, ale czy istotnie w niej wygrywał?
**********
Jeśli chodzi o „omyłki” to pamiętam pewnego operatora DTP (Janusz mu było) z ogromnymi ambicjami na grafika. Koleś był młody i jak to tylko młody potrafi – bezczelny. W projekty, które przygotowywał do druku według wzorca kreacji lubił wplatać swoje treści. Nie zawsze zgadzał się z projektem arta, więc poprawiał go po nim, zmieniając na przykład kolor oczu modela albo dodając mikronapisy w rodzaju „Legia Pany” widoczne na kliszach drukarskich jedynie przy wielkim zbliżeniu albo pod mocna lupą. Raz kilku postaciom występującym na projekcie dał twarz Wojtyły (tłum na drugim planie na szczęście), innym razem zmienił rejestrację samochodu na coś w rodzaju HWD P3029. Lubił najwyraźniej trzymać rękę na pulsie i strasznie go mierziło, gdy nie mógł jakoś wpłynąć na ostateczny kształt reklamy. Prezes agencji na szczęście był idiotą i nie dostrzegał tych wszystkich kwiatków, a i klienci chyba niezbyt rozgarnięci, bo wszystko się kręciło i nikt nie płakał. Ale do czasu.
Janusz podrywał ekancicę Monikę. Specjalnie w prace, które przygotowywał, wplatał drobne błędy, aby ekancica Monika zmuszona była wrócić z nimi do niego i w pąsach i zalotnych uśmiechach prosić go o drobne zmiany. Janusz podnosił poprzeczkę, aż w końcu przesadził. To była głośna sprawa, chyba z 1997 roku. Przygotowywali wtedy jakąś ulotkę na tace dla którejś z wielkich sieci fast foodowych. Sprytny Janusz chcąc wymusić na ekancicy Monice kolejną wizytę w jego pokoju przerobił logo Coca-Coli na logo Cola-Cola. Zrobił to tak dobrze, że na pierwszy rzut oka nikt zmiany nie dostrzegł. Ekancica Monika również jej nie dostrzegła, więc ulotkę po prostu puściła do druku. Kapnął się dopiero drukarz i to chyba dopiero po wydrukowaniu drugiego miliona egzemplarzy tejże ulotki. Nakład ostatecznie należało przeżuć i połknąć, główny ekant w przeciągu tygodnia całkowicie osiwiał (autentyk!), a prezes naszej agencji musiał po raz kolejny zaprosić prezesa klienta na duże lody. Operatorowi Januszowi jedyne co można było zrobić, to go wypierdolić z roboty. Dziś zresztą jest jednym z głównych macherów w dużej stacji telewizyjnej i ma się świetnie. Oto dowód, że do niektórych gówno po prostu się nie przykleja.
**********
Gdy kilka lat temu pod nasze strzechy zawitał Facebook, nasz świat uległ trwałej zmianie. Gdy ja sam odkryłem Facebooka i po jakimś czasie zacząłem go w myślach pieszczotliwie nazywać buniem, zrozumiałem, że również uległem trwałej zmianie. Były to czasy, gdy jeszcze przejmowałem się tym, co ludzie wypisują pod moimi postami, liczyłem (na) lajki, a przez większą część dnia zajmowałem się tzw. budowaniem wizerunku na wallu. Autowizerunku oczywiście. Gdy sobie to w końcu uświadomiłem, uświadomiłem sobie własną małość oraz kolejne (które to już?) uzależnienie, w odruchu racjonalnego przebłysku postanowiłem rozstać się z buniem definitywnie. Postanowiłem usunąć swoje konto z Facebooka bezpowrotnie.
A to nie jest, jak się okazuje, takie proste.
Sztab najlepszych psychologów amerykańskich sowicie opłacanych przez Marka Zuckerberga dba o to, abyś z Facebookiem rozstać się nie mógł. Gdy wyrażasz pierwszą, nieprzemyślaną jeszcze dobrze ochotę na taki krok i klikasz w opcję „Usuń swoje konto”, Facebook robi wszystko, aby od tej decyzji cię odwieść. Na początku dopytuje cię niczym cierpliwa ciocia, czy aby na pewno WIESZ, co chcesz zrobić. Gdy w swojej desperacji deklarujesz, że tak, wiesz co robisz – usuwasz swoje konto z Facebooka – ten pyta cię, czy aby na pewno CHCESZ to zrobić. W twojej głowie zaczynają rodzić się wątpliwości, że zaraz, zaraz, czy aby na pewno jest to konieczne? Przecież to tylko zwykły serwis społecznościowy, taka zabawa w sumie. No ale nie, przed oczami przelatują ci te wszystkie tragiczne posty opublikowane i te nieopublikowane, które układałeś w swojej głowie przed zaśnięciem, i już wiesz, że dłużej tego nie ma co ciągnąć. Koniec z marnowaniem życia, od dzisiaj będę siedział na ławce w parku, a nie na wallu. Będę innym człowiekiem. Będę w ogóle człowiekiem! Klikasz więc w guzik „Tak, decyduję się”.
Bunio jednak się nie poddaje, bunio cierpliwy jest jak boża łaska. Jak miedź brzęcząca albo niczym cymbał brzmiący. Zapyta cię więc, czy jesteś świadomy swojej decyzji. Przecież po usunięciu konta z Facebooka nie będziesz miał kontaktu z tyloma wspaniałymi przyjaciółmi. Nie będziesz mógł grać w te wszystkie wspaniałe gry, którymi raczą cię znajomi, nie będziesz mógł korzystać z tych wszystkich nieziemskich aplikacji, które specjalnie na Facebooka (specjalnie dla ciebie) zostały napisane.
Jesteś twardy. Po raz kolejny z niewzruszonym sercem klikasz „Tak, zdecydowałem się ostatecznie”. Masz wrażenie, że podobnie okropnie musi czuć się samobójca wiążąc pętlę na swojej szyi, tak czuć się musi koleś na dachu wieżowca na chwilę przed skokiem. Oto kończy się wszystko. Oto odchodzą wszyscy, których znałeś i lubiłeś. Od tej chwili nie będzie niczego. Naprawdę niczego. Czeka cię samotność w sieci. Trudno.
I wtedy Facebook robi coś, co kruszy najtwardsze skorupy twojej znieczulicy społecznej. Publikuje trzy przypadkowo dobrane zdjęcia z grona twoich znajomych. Umieszcza je wielkie na środku strony i pisze komunikat: „ONI BĘDĄ ZA TOBĄ TĘSKNIĆ”. Czy teraz nadal jesteś pewny, że chcesz usunąć swoje konto z Facebooka?
Czujesz się jak ostatnia niewdzięczna dziwka. Jak syn marnotrawny, który nie chce wrócić na łono rodziny. Jak psychopata jakiś, który właśnie oto zamyka się sam ze sobą w swoim domu, aby zaprojektować linię ciuchów z ludzkiej skóry. Ci ludzie wszyscy, znajomi z fejsbunia, przecież proszą cię o to, abyś pozwolił im pomóc sobie. A ty nic. Po raz siódmy klikasz „Tak, zdecydowałem się”. Fuck you all, nienawidzę was i nie mogę na was patrzeć.
A wtedy bunio pisze radosną wiadomość „Twoje konto zostało tymczasowo dezaktywowane. W każdej chwili będziesz mógł powrócić do niego logując się ponownie”. Rozumiecie to rozczarowanie? Niby usunąłeś konto, ale ono wciąż na ciebie tam czeka. Wystarczy, że chociaż raz się zalogujesz... Chociaż rassssss.....
Wytrzymałem pół roku. Świadomość, że prawdziwe życie omija mnie wielkim łukiem nie dawała mi spać. Codziennie myślałem o buniu jak o odrzuconej prawdziwej niespełnionej miłości. Jak o ukochanym narkotyku, jak o maminych pierogach, jak o zdobytej kiedyś i porzuconej cnocie Anki z IVb...
Wróciłem więc, ale przewrotnie postanowiłem zmienić swoje nazwisko na coś bardziej enigmatycznego. Nie chciałem już przecież być tym, kim byłem kiedyś. Padło na „Człowiek Nikt” autorstwa Edwarda Stachury, największego spośród copywriterów polskich, kiedyś przed erą hipsterów nazywanych poetami. Kto nie zna jego „Kropki nad Ypsilonem”, ten nie wie, co to znaczy bawić się językiem polskim. Człowiek Nikt funkcjonował z powodzeniem przez parę tygodni, dopóki znowu coś mnie nie tknęło i nie postanowiłem zmienić tego na łaciński odpowiednik, czyli „Homo Nemo”. Bo tak ładniej, krócej i wdzięczniej. Nie minęło parę dni jak moje konto na buniu zostało zablokowane, a ja dowiedziałem się, że to za „propagowanie treści powszechnie uznawanych za obraźliwe”...
Jeśli Facebook jest człowiekiem, to musi to być bezgranicznie wredny, złośliwy, jednooki karzeł. Albo stara i brzydka, chora na trypra bułgarska prostytutka z lasu. Albo dealer, który do koksu dosypuje tłuczonego szkła. Albo dyrektor programowy telewizji Polsat...
Wcielony szatan po prostu.
Dima Słupczyński