środa, 6 marca 2013
wtorek, 5 marca 2013
TELEWIZJA PRZYSZŁOŚCI
CZYLI KIEDYŚ LUDZIE ROBILI REKLAMY, TERAZ REKLAMY ROBIĄ LUDZI
Dziś rzecz będzie o tej cząstce naszej codzienności i o tej części kultury masowej, która jak żadna inna wypełnia nasze dni powszednie, samotne wieczory oraz puste głowy. To ona jest fundamentem szatańskiego planu przejęcia naszych dusz, naszych ciał, a przynajmniej naszych pieniędzy. To ona sprawia, że nie potrzebujemy niczego innego, nawet żyć życia swojego, bo co to za życie, jeśli tam, na ekranie takie cuda się dzieją. Proszę Państwa, witamy w przebogatym duchowo świecie współczesnej telewizji!
Telewizja Polska w zamierzchłych czasach była medium, która masom szerokim zastępować miała codzienny niedosyt bodźców kulturalnych, na jaki cierpiała większa część społeczeństwa. To ta konkretnie część, która z różnych powodów nie mogła chodzić do kina, ani do teatru, która nie miała do czynienia z literaturą czy muzyką wysokich lotów. Bo najbliższe kino znajdowało się kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania, bo teatr to podobno aż w stolicy, a jeśli chodzi o książki, no to przecież bez przesady – naczytałem się lektur w szkole i wszystkie były do dupy. Ta część społeczeństwa pozbawiona była kontaktu z rzeczywistością w sposób tak namacalny, że dopiero telewizyjny program informacyjny, o tym kto, gdzie i co powiedział, ściągał delikwentów na ziemię i w sposób bardzo dosłowny mówił, jak żyć.
Nie będę tu sobie gęby wycierał powinnością misyjną telewizji, nie będę przypominał kultowej dziś Sondy, której już nie ma, nie będę wzdychał do kultowej Wielkiej Gry, której już nie ma, poniedziałkowego Teatru Telewizji, którego nie ma, genialnych programów dla młodzieży w rodzaju 5-10-15, czy czwartkowych kryminałów spod znaku Kobry. Wszystkie te programy, których już nie ma, w ogromnej części sprawiły, że dziś w naszym społeczeństwie żyją ludzie, którzy mają jakie takie pojęcie o kulturze szerokiej, mimo że świat dookoła zaprzecza jej istnieniu. Nie będę więc, powtarzam, rzewnie szlochał za tym, co było, lecz postaram się skupić na tym co dzieje się teraz. A dzieje się naprawdę ciekawie.
Momentem przełomowym historii polskiej telewizji, było wprowadzenie na początku lat 90. na ekrany... reklamy. Tak, jej właśnie. Reklama, kręcona wtedy jeszcze po partyzancku, przez dziesięć może początkowo osób w całym kraju, sprawiła, że treści dotychczas emitowane zaczynały powoli tracić na znaczeniu. W pamięci widzów zostawał jingiel z reklamy Prusakolepu, goła baba z reklamy koparki Bumaru, czy parafraza fredrowskiego „Jeśli nie chcesz mojej zguby, Poloneza kup mi luby”. A nie ostatnia rola Łomnickiego na deskach Teatru Telewizji, scenografia Xymeny Zaniewskiej w kabarecie Olgi Lipińskiej czy choćby laureaci Sopotu '89. Reklama zmieniła nasz świat, reklama zmieniła nas w nim. O ile jeszcze w słodkich latach 90. była potrzebna, bo przybliżała nas do Zachodu i tworzyła nasze konsumpcyjne ambicje, o tyle dziś stała się towarem całkowicie zastępującym dotychczasowe produkcje telewizyjne, kolorową rozkrzyczaną papką z przesterowanym poziomem dźwięku, walącą nas obuchem między oczy, mającą nas skłonić do... No właśnie, do czego?
Na początku reklama w telewizji była wydarzeniem. Polacy, gdy ją zobaczyli, dyskutowali o niej, prasa się rozpisywała, przedszkolaki podchwytywały piosenkę będącą jej motywem muzycznym, hasła reklamowe wchodziły do języka potocznego, a w dobrym towarzystwie nie wypadało się na niej nie znać. Z czasem reklamy się mnożyły. Coraz więcej wąsatych panów Zenków z Dupy Mniejszej, prezesów zakładów produkujących śrubki albo keczup, wpadało na to, że reklama ma ogromną siłę oddziaływania, a w wygłodzonej reklamowo Polsce wręcz jest bronią masowego rażenia. A na dodatek przekłada się na sprzedaż, czyli na pieniąchy!
Więc reklam zaczęło być więcej. Tak dużo, że telewizje zaczęły je gromadzić w tzw. bloki reklamowe, spekulować czasem antenowym i emitować je w porze największej oglądalności, czyli na przykład przed serialem “Niewolnica Isaura” albo przed transmisją mszy świętej z Częstochowy. Co lepsze wąsate cwaniaki zaczęły produkować te reklamy w sposób jako tako zorganizowany, a jeszcze lepsze wąsate cwaniaki pozakładały konkurencyjne prywatne telewizje, które mogłyby te reklamy bezustannie emitować.
I tak proszę Państwa znaleźliśmy się w wieku dwudziestym pierwszym, gdzie na naszych plazmowych, płaskich jak klata Ireny Szewińskiej telewizorach oglądać możemy niczym praktycznie nieprzerwany festiwal reklamowy non-kurwa-stop.
Oto włączamy pierwszą lepszą z brzegu telewizję ze słoneczkiem w logo (to, że jej twórcą i niepodzielnym od lat władcą jest wąsaty cwaniak z Radomia, nie ma tu większego znaczenia). W programie TV, takim papierowym dodatku dołączanym do gazet, aby te mogły wydrukować więcej reklam, stoi, że dziś wieczorem będzie w tej telewizji emitowany Super Mega Hit Kinowy z Brucem Willisem w roli głównej. Film faktycznie interesujący, widziałem go kiedyś, takie niezobowiązujące intelektualnie kino hollywoodzkie, ale za to dobrze zrobione, trzymające w napięciu. Film wg rozpiski trwa 90 minut, dlaczego więc zarezerwowano na niego czas od godz. 20.00 aż do 23.15? To pierwsze co rzuca się w oczy, no ale nic, jedziemy. Nie ma to jak czwartkowy wieczór z dobrym filmem. Po obejrzeniu krótkiego, niezobowiązującego bloku reklamowego zaczyna się projekcja. Ach, nie, jeszcze się nie zaczyna, bo jeszcze leci informacja kto jest sponsorem tegoż filmu. Jak się okazuje, sponsorów jest kilku, no ale obejrzę zajawki wszystkich, bo to przecież dzięki nim mogę dziś raczyć się tym szklanym cudem z Willisem w roli głównej, a ono przecież nie może być tanie.
Zaczyna się więc film, jest godzina dwudziesta. Widzimy plansze rozbiegówki, tytuł filmu, zapoznajemy się z główną obsadą, jest już nawet pierwsza scena, w której... No właśnie. Nie wiem, co w niej, bo telewizja ze słoneczkiem w logo przerywa mi oglądanie pierwszej sceny filmu i mami blokiem tak zwanym reklamowym. OK, myślę, nieco to dziwne, ale przecież długo to nie potrwa, pójdę więc zrobię sobie herbaty, o ileż milej będzie oglądać ten film z ciepłą herbatą w dłoni. W kuchni jeszcze robię sobie z rozpędu kanapkę i zmywam po sobie, wracam truchtem przed telewizor, bo pewnie film się już zaczął.
Otóż się nie zaczął. Jeszcze lecą reklamy. Obejrzę więc ich jeszcze z piętnaście albo trzydzieści, nie na tyle jednak uważnie, aby dowiedzieć się który środek na katar jest dziś aktualnie skuteczny. Reklamy się wprawdzie kończą, bo wszystko się kiedyś kończy, ale niestety film się nie zaczyna. Zaczyna się za to blok tzw. autopromocji. Autopromocje to wyższa forma reklamy telewizyjnej. Są to bowiem reklamy innych programów tejże telewizji, które jeśli zdecydujesz się kiedyś obejrzeć, będziesz mógł obejrzeć zamiast nich inne reklamy, niż te które oglądałeś przed chwilą. Albo te same. Prawdę mówiąc nie wiem, bo nie uważałem. No ale i blok autopromocji w końcu się kończy, lecz po nim nie zaczyna się wcale film, oj nie. Otóż zaczyna się... drugi blok reklamowy. Reklam tych samych co wcześniej lub innych, nie wiem, bo ze złości jeszcze bardziej nie uważam. W każdym razie widzę w nim sześć reklam telewizyjnych jakichś samochodów oraz siedem reklam telewizyjnych banków i wszystkie na dodatek są takie same i różnią się tylko wyskakującymi gdzieniegdzie cyframi oraz celebrytami wygłaszającymi jakieś niezrozumiałe treści. Leci trochę spożywki, jeszcze trochę farmaceutyków, parę ubezpieczeń i takie tam... Wszystko napierdala na 130 decybeli, najdłuższe ujęcie ma 1,3 sekundy, przed oczami przelatują mi logo, hasła, opakowania, jakiś głos połykający samogłoski każe przeczytać jakąś ulotkę albo skontaktować się z farmaceutą...
Jest godzina 20.27 i chyba w końcu nareszcie zaczyna się film. Nawet jeśli, to co z tego? Moja herbata jest już zimna, ja z deka wkurwiony, a to jaki film oglądam od pół godziny, wiem tylko dzięki papierowemu programowi TV (z reklamami) rozłożonemu na moich kolanach. A gdy za kwadrans cała kołomyja powtarza się od nowa, a ja wiem, że to nie po raz ostatni, mam dość. Odpadam. Jestem wykończony. Dawno żaden film mnie tak nie zmęczył.
Zauważam jeszcze tylko nieprzytomnie, że jingle rozpoczynające blok reklamowy, te które wchodzą w środek wystrzału Bruce'a Willisa, one... same są reklamą. Skończyły się już czasy marnowania 5 sekund na wschodzące złote słoneczko z napisem „Reklama”, które później spokojnie mogło sobie zajść. W dzisiejszych czasach tylko stacje, które są passé marnują tyle drogiego czasu antenowego na jakieś tam animacje, latające kółka, falki. Otóż w stacji ze słoneczkiem w logu w jinglu startującym reklamy możemy zobaczyć głównych jurorów innego świetnego programu tejże stacji – gwiazdy skrobią po lodzie, czy coś takiego. Jingiel bloku reklamowego, który sam jest reklamą? Jestem pod autentycznym wrażeniem, pani Nino.
Witamy w cyfrowym świecie XXI wieku. Telewizja istnieje jedynie po to, aby czas antenowy wypełniać blokami komercyjnego gówna. Emisję bloków reklamowych przerywa fragmentami czegoś innego, np. znanego filmu fabularnego. Albo jakiegoś teledurnieju, w którym zajebiści cwelebryci w jury w niezbyt subtelny sposób oceniają uczestników, pokazując im na każdym kroku, że są chujowi i lepiej by było gdyby nie wyściubiali nosa ze swojej wsi. Albo reklamami innych swoich programów tak, abyś ich nie przegapił. I co z tego, że ich nie przegapisz, przecież kiedy usiądziesz do telewizora, aby obejrzeć ten program, zamiast niego zobaczysz co? Reklamy kurwa! Mnóstwo reklam! Reklam od zajebania!
Idąc dalej, zapytuję dlaczego by nie pójść dalej? Przecież można by:
- stworzyć telewizję stricte pod reklamy – TV Reklama – gdzie poza nimi nie byłoby naprawdę już nic innego. A gdyby nawet miałyby pojawić się tam jakieś inne treści, należałoby nadać im formę krótkich spotów z najważniejszymi informacjami wybitymi jak hasło reklamowe. Na przykład dziennik telewizyjny, w którym jedna z wiadomości, brzmiałaby „Katarzyna W. (tu jej zdjęcie), tak zwana Mama Madzi, zabiła swoją córkę (tu jej zdjęcie), albo nie zabiła. Nie wiadomo. Detektyw Rutkowski (tu jego zdjęcie) twierdzi, że nie, a inni, że tak. A ty?”. I podać numer SMS, na który można wysyłać swoje wersje rozwinięcia tej opowieści. Całość miałaby 30 sekund maks. A potem co? Reklamy!
- emitować kilka reklam jednocześnie. Na przykład dzieląc obraz na ćwiartki, tyle że wtedy musiałyby kwestie mówione lecieć na paskach. Albo nawet i nie! Niech wszystkie napierdalają jednocześnie, przecież to i tak działać będzie jak dotąd. Widz nic z tego nie zrozumie.
- emitować reklamy na programach. To znaczy puszczamy „Szklaną pułapkę”, ale zamiast ją przerywać, reklama niech leci w rogu, albo w ogóle centralnie na środku, zagłuszając Willisa. To tylko 30 sekund. Większość Polaków to wytrzyma.
- przerywać reklamami rzeczy dotąd nieprzerywalne, np. dziennik telewizyjny, transmisję pasterki, hymn odśpiewywany przez polskich piłkarzy na Narodowym. Jeśli niezbyt często, ma to szanse powodzenia.
- i teraz najlepsze: przerywać reklamami same reklamy. Oczywiście można domowi mediowemu zaproponować nieprzerywanie reklamy reklamą, ale musiałby za to dopłacić. Nie będzie klienta, który na to nie pójdzie!
A gdyby przyszła ci do głowa konstatacja, że coś jest chyba nie tak, i że nie można żyć samymi reklamami, bo przecież istnieje jakieś życie poza nimi, telewizja jest na to przygotowana. Telewizja puści ci tzw. serial, w którym możesz zobaczyć Inne Prawdziwe Życie. Jakąś rodzinę, trochę jak twoją, jakiś dom, nieco piękniejszy od twojego, jakieś ludzkie problemy, prawie takie jak twoje. I ci ludzie mówią do siebie w taki emocjonalny sposób, i mają takie rozterki, że no mówię pani, pani kochana, nie wiem, jak oni sobie z tym poradzą. Ten serial się jakoś nazywa - „P jak plebania, czyli barwy szczęścia na dobre i na złe”, coś takiego, nie ma to większego znaczenia. Życie w nim jest tak pokazane, że każdy by chciał takie mieć. Ten serial to też taka wieloodcinkowa... reklama życia.
Przed 2005 rokiem, pewna telewizja miała przygotowany reportaż na wypadek śmierci papieża. Oczywiście wiadomo jakiego papieża. Gdyby miała przyjść tzw. pilna z Watykanu, tak ją nazywano, to choćby to była 04.35 nad ranem, trzeba było tylko wstawić w początkową planszę datę śmierci, i wio, jedziemy! Jako pierwsza telewizja w kraju leci z 20-minutowym reportażem o śmierci dwie minuty po ostatnim tchnieniu papieża. Na całą Polskę, oglądalność maksymalna. Zanim się ściągnie z domu zaspaną reporterkę, aby mogła się łączyć w trybie pilnym z czerwonym paskiem z Rzymu, my ten reportaż wyemitujemy cztery razy, a co! I dokładnie tak właśnie się to odbyło...
Ale jeszcze lepszy podobno jest Ted Turner i jego telewizja CNN. Mają podobno, a opowiadał to człowiek, który ma prawo to wiedzieć, przygotowany dwugodzinny film na wypadek końca świata. To znaczy, że ludzkość nagle dowiaduje się, że wkrótce przestanie istnieć, bo walnie w nas asteroida, albo jakiś inny potop biblijny nastąpi. Co robi telewizja CNN? Do samego końca nadaje normalny program, przerywany blokami reklamowymi (auuuuuuuu!!!, – Ale po co mi te reklamy, przecież i tak nic już nie zdążę kupić? – Milcz dziwko! Oglądaj!), aby potem, dwie godziny przed końcem świata, nadać ten oto film. Zdjęcia z lotu ptaka, panoramy wielkich miast, delfiny skaczące w oceanie, odłamujące się góry lodowe na Antarktydzie, Aborygeni tańczący nad upolowanym kangurem, Japończycy w swoim stuporze jadący metrem do pracy, i tak dalej pod harfę Andreasa Vollenweidera. Istny łzo-wyciskacz na do widzenia. Abyś, na jedną chociaż chwilę, Boże cię broń, nie odstąpił od swojej świętej plazmy.
Ecce homo.
Dima Słupczyński
poniedziałek, 25 lutego 2013
POLSKA SZKOŁA SOCIAL MEDIA
Wiele się mówi i pisze w ostatnich czasach o ogromnych marketingowych możliwościach, drzemiących w social mediach. Ninja z całego kraju wymieniają się znamienitymi przykładami akcji reklamowych, przeprowadzonych na platformach, takich jak Facebook, Twitter lub Instagram. Pisane są książki, blogi, odbywają się konferencje i zjazdy. Jest to całkowicie zrozumiałe, bo któż nie lubi pomarzyć. Jedni marzą o byciu gwiazdą rocka, która na śniadanie wciąga koks z pępka nastoletniej Azjatki, inni o tym, jak to byłoby fajnie, gdyby w sm dało się takie cuda robić, jakie robią na świecie. Ja wolę to pierwsze, bo - nie oszukujmy się - to, że zostanę gwiadą rocka, jest o wiele bardziej prawdopodobne niż to, że klienci agencji reklamowych z naszego podwórka naumiają się wreszcie twarzo-książki, o reszcie nie wspominając. Spójrzmy na to ogólnie, nie zagłębiając się w przypadki tych, którzy chcą, aby ich posty na Facebooku były pisane fontem z manuala. Już płaczę.
Wejście
- Panie kliencie kochany, chcielibyśmy przeprowadzić kilka działań reklamowych, opartych o fanpage na Facebooku.
- Na czym? Nie możemy ograniczać naszych działań do jakiejś jednej strony. A co z ludźmi, którzy tam konta nie mają? Ja na ten przykład nie mam. Zróbcie mi lepiej landingpage i do tego konkurs smsowy. Koniecznie z kodem z paragonu.
Po pierwsze, to trzeba klienta namówić na działania w social mediach. Nie jest to proste, ponieważ większość z nich pozostała w czasach insertu do codziennej gazety czy broszurek reklamowych, a merketing w internecie to dla nich double billboard na gazeta.pl. Możemy sobie gadać o tym, jak to Facebook umiera i czekać na wielki Tweeterowy boom - klient nadal czeka na wielki boom Naszej Klasy. Wspomnij o kampanii na Instagramie albo Pinterest, to Cię pozwie do sądu za to, że mu ubliżasz na spotkaniu. Najgorsze jest to, że jak ktoś powinien w sm wejść, to się waha lub w ogóle tego nie robi, ale jak ktoś produkuje flaczki do kaszanki albo krokwie dachowe, to zapierdala na Facebooka jak Radomianie po napoje gazowane - przecież każdy chce mieć ich posty w news feedzie.
Zasięg
- Panie kliencie kochaniutki, z dumą informujemy, że nasz fanpage osiągnął planowaną liczbę użytkowników i jesteśmy teraz na poziomie dwustu tysięcy, a nasz sm manager jest tak szczęśliwy, że od pół godziny w łazience się po kroczu mizia!
- No właśnie. Zastanawia nas to przez cały czas: co my z tego mamy tak naprawdę? Bo ja nie wiem, czy jest sens to trzymać. Wrócimy do tego, czy możemy przejść do rzeczy ważnych? Jak tam nasze woblery do supermarketów? Dotarły do drukarni?
Zawsze mało. Najpierw zasięg, potem rzeźba! Po co wydawać kasę na tych agencyjnych darmozjadów, jeżeli na naszym fanpage’u nie ma jeszcze całej Polski, połowy Ukrainy i kilku państw z Bliskiego Wschodu? Siędzą tylko, bawią się internetami, w gry grają, sziszą się narkotyzują i wciskają mi jakieś bujdy o zaangażowaniu. Ja się pytam, gdzie ci wszyscy ludzie, którzy chcą kupić moje batoniki o smaku chipsów kebabowych?! Jeżeli mamy tylu fanów, to czemu produkt się nie sprzedaje? Wiecie czemu? Bo woblery brzydkie zrobiliście!
Zaangażowanie
- Czy ja się jasno wyrażałem? WIĘCEJ POSTÓW O PICIU KAWY I PIĄTKU! Ludzie to klikają, więc dajmy tego więcej. I te z opcją szer i lajk. Koniecznie.
- Ale panie kliencie jedyny Ty nasz najukochańszy, pan zawiasy do drzwi produkuje...
Jebana mantra o kawie i piątku. Ktoś kiedyś sobie wykoncypował, że jak ludzie zobaczą “Już jutro piąteczek! Jakie macie plany? ;))))” albo “Piliście już dziś kawę? Smakowała wam?”, to sprzeda tym produkt. “Tak, kurwa! Piłem już kawę, a że się spieszyłem, to oblałem sobie całą twarz wrzątkiem! Pomyślałem wtedy, że nie stałoby się to, gdybym w drzwiach miał wasze zawiasy, i dawaj w te biegi, poleciałem do sklepu je kupić, co by już nigdy więcej się nie poparzyć i nie mieć twarzy podobnej do pizzy cztery sery. Ojej, już wiem, co zjem na lunch! To znowu dzięki wam! Kocham was i tak bardzo się zaangażowałem!” - prosty proces myśleniowy od internetu do półki sklepowej. Każdy tak ma, prawda?
Czas
- Panie szanowny, nasz jedyniutki, Ty nasz księciuniu klientów najjaśniejszy na niebie - w internecie się dzieje śmieszna akcja, zróbmy z tego mema z naszym produktem, bo pasuje dobrze, a ludzie lubią takie rzeczy. Wysyłamy propozycję.
- No nie wiem. O co tu chodzi? Wysyłam do przełożonej.
- (przełożona) Hmmm, wysyłam do działu prawnego.
- (dział prawny) Robimy testy korytarzowe i ślemy do głównego księgowego.
- (główny księgowy) Chyba nas na to jeszcze stać. Wysyłam do działu komunikacji z klientem.
- (dział komunikacji z klientem) Nam się podoba, wysyłamy do działu controllingu i pani Gieni z bufetu.
- (pani Gienia) nie rozumiem...
- (dział controllingu) Hahahahaha! Dobre! Ślemy do prezesa.
- (prezes) W dniach 23.02.12 - 30.02.12 jestem na urlopie...
Po dwóch tygodniach mailowej odysei klient daje zielone światło. Super! Wrzucimy nasze dzieło i tych pięciu młotków, co to ze wszystkim się budzą po czasie i do dziś wrzucają Gotye na swojego walla, się uśmieje po pachy. Cała reszta napisze nam, że stare, suche i przeliteruje nam, gdzie mamy sobie taki post umieścić. Niestety, jedna pani albo jeden pan nie potrafi zdecydować, więc bujamy się mailowo przez tydzień w czasach, kiedy coś z wczoraj jest już stare jak Bogurodzica. Wszystko jest za to przemyślane, zaplanowane i niezmiennie do dupy. Konstans w nijakości utrzymany. Pogratulujmy sobie.
Aplikacje
- Po wczorajszym brejnsztormowaniu mamy pomysł: chcielibyśmy, żebyście zrobili nam taką prostą aplikacje konkursową. Klient ma kupić nasz produkt, namówić do zakupu 50% swoich znajomych na Facebooku, z opakowań wybudować sanki, na tych sankach zjechać z całą swoją rodziną z jakiejś górki, nagrać z tego film i wgrać do aplikacji. I niski próg wejścia ma być. Nagrodą główną będzie breloczek.
Na mój gust, można by dodać jeszcze punkt o obowiązkowym wytatuowaniu sobie wizerunku prezesa na czole. Przecież ludzie nie mają nic innego do roboty niż spędzić pół dnia nad naszym konkursem. Czasy są spokojne. I dlaczego zawsze chodzi o aplikację? Jakby w sm nie dało się zrobić nic innego.
Kryzysy
- Panie nasz królu złoty, z wszystkich klientów najłaskawszy dla nas maluczkich. Jest problemik na fanpage’u. Jakiś klient wylewa na nas pomyje i ma rację. Mało tego, dołączają do niego inni. Musimy działać szybko i delikatnie niczym agent Tomek, kiedy Sawicką bajerował.
- No tak. Pewnie chodzi o te kozie bobki oblane czekoladą, które trafiły na rynek zamiast orzeszków ziemnych. Bez przesady - skasujcie posty i udawajmy, że nic się nie stało.
Biorąc pod uwagę to, jak ludzie są zachłanni na gratisy, w większości przypadków wystarczy przekierować delikwenta na priva, ładnie przeprosić za utrudnienia, wysłać mu bonusowe opakowanie cukierków i po sprawie. Niestety, większość decydentów woli schować głowę w piasek albo, idąc drogą Ministerstwa Edukacji Narodowej, w przystępny i kulturalny sposób napisać, żeby spierdalali. No cóż, byli już tacy, co myśleli, że z internetem wygrają, i zawsze kończyli tak samo - na środku wielkiego, internetowego bukkake.
Przyznam szczerze, że trzymam kciuki za tych wszystkich twardzieli, którzy próbują zmienić obecną sytuację i szerzyć dobrą socialmediową nowinę. Róbcie to dalej, a wszystkim nam będzie żyło się lepiej i będziemy mogli robić fajniejsze rzeczy. Ja będę kibicował Wam do samego końca - Waszego albo social media. Na razie wracam do skakania po mieszkaniu z miotłą i wyobrażania sobie, że gram “Rockin’ in the free world” dla pięćdziesięciotysięcznej publiki.
wtorek, 19 lutego 2013
wtorek, 12 lutego 2013
poniedziałek, 11 lutego 2013
JAK SIĘ ROBI REKLAMĘ.
Ogół wygląda tak: większość reklam to straszne gówno, jakiś nieduży procent da się znieść, a reszta - ta, którą się wszyscy zachwycają - to rzeczy robione z myślą o konkursach. Powłazisz w dupę klientowi przez kilka miesięcy i zgodzi się na jedną emisję twojego arcydzieła. Można też znaleźć tak zwanego klienta-ducha, czyli na przykład mały zakładzik fryzjerski, któremu robisz reklamę za darmo, puszczasz raz i wysyłasz na konkurs. Dzięki tym właśnie reklamom młodzi i nieświadomi niczego ludzie lecą do agencji jak muchy do kibla. Rzeczywistość, którą tam zastają, okazuje się jednak zgoła inna i zamiast robić mega kreacje, projektują banerki niedziałających, homeopatycznych czopków na największy problem naszej cywilizacji czyli zimne stopy.
No właśnie, porozmawiajmy o gównie i o tym, jak to się dzieje, że bloki reklamowe, prasa oraz reklamy zewnętrzne opływają nim do tego stopnia, że niedługo trzeba będzie zbudować jakąś arkę, by przed nim uciekać. Branżunia codziennie wymienia się na Facebooku kolejnymi słabymi reklamami i jest to o tyle zabawne, że robi to w przerwach w tworzeniu jeszcze gorszego badziewia. Zasada jest prosta: niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto produkuje jeszcze gorsze reklamy - no i leci ich cały grad. Jakim cudem ci wszyscy kreatywni, światowi ludzie robią reklamy gorsze od tych, z których sami się śmieją? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy prześledzić cały proces powstawania reklamy.
Na początku klient robi jakieś magiczne badania rynku. Nie wiadomo, jak wygląda to dokładnie, ale mówi się, że chodzą po domach jak jehowi i szarpią klamkę, póki ktoś nie otworzy. W wyniku tych badań powstają skrupulatne analizy grupy docelowej, konkurencji i tego, jak bardzo nikogo nie obchodzi produkt i marka. Wszystko to jest zbierane, klient wyciąga swoje dziwaczne wnioski i pisze brief, czyli chwiejny fundament pod działania agencji (briefy to dokumenty, o których można by książki pisać; przed ich lekturą wskazane jest strzelić setkę na rozluźnienie, dobrze też usiąść). Po wszystkich tych drogich badaniach nagle okazuje się, że reklama powinna być skierowana do wszystkich ludzi na świecie, konkurencją są nawet ci, których produkty nijak się mają do naszego (wróg nie śpi), i rzeczywiście nikogo nie obchodzi cudo, które z taką ochotą chcemy sprzedać.
Załóżmy, że klientem jest duży bank, a reklamowanym produktem - nowe konto oszczędnościowe. To moje ulubione przypadki. Oferta banku jest tak przełomowa, że powinna wywrócić rynek. A czemu? Bo jest jakieś bliżej niesprecyzowane 7%. Nikt się nie zna na bankowości i na tych zasranych procentach, ale 7% czegoś tam ma być głównym komunikatem. Poza komunikatem głównym, mamy w briefie kilka dodatkowych: konto jest nowoczesne (ale głęboko zakorzenione w tradycji), wygodne, ogólnodostępne (ale premium), bezpieczne, darmowe* (jak wszystko), prestiżowe (ale dla każdego) i nie wiadomo jeszcze jakie. Kreacja ma mieć międzynarodowy look, opowiadać o pewnym wyjątkowym stylu życia, ale być powszechnie zrozumiała i łatwa w odbiorze. Szalona aria oksymoronów. No i najlepsze - “Nie będziemy ukrywać, że czasu jest mało, ale liczymy na was i projekty chcemy zobaczyć...” - i tu data prezentacji projektów (zazwyczaj dwóch lub trzech linii kreatywnych), po zobaczeniu której zamykasz się w kiblu i powtarzasz sobie: “Co ja, kurwa, robię ze swoim życiem?” jakieś sześćset razy, a przed oczami przelatują Ci wszystkie te rzeczy, które planowałeś, a których nie zrobisz, bo będziesz dymał z robotą po nocach, żeby się wyrobić.
Jak to już raz zostało powiedziane: “betoniara musi się kręcić”, więc wszyscy się otrząsają i biorą do roboty. Teamy kreatywne zawijają rękawy, socialmediowcy robią risercze, accounci jak zawsze gdzieś wydzwaniają i forwardują, co się da i do kogo się da. Po trzech dniach ciężkiej pracy jesteśmy w domu - mamy to! - i (o dziwo) jesteśmy zadowoleni z wyników naszej pracy oraz tego, jak prawie zgrabnie udało nam się wcisnąć te wszystkie wytyczne w jeden obrazek z odrobiną tekstu. Co prawda jeden z grafików dostał dziwnego ataku z przepracowania i trzeba było wszystko dookoła czyścić z sików i śliny, a team kreatywny po wysłaniu finalnych wersji gdzieś po prostu zniknął i wrócił dopiero następnego dnia w mocno sfatygowanych, niezmienionych ubraniach i z jakąś obcą kobietą, ale daliśmy radę. Rzeczy niemożliwe od ręki, cuda na jutro. Jedziemy do klienta na prezentację! Zadowoleni, pełni nadziei i trochę niewyspani.
Prezentacja jak to prezentacja: my pierdolimy takie bzdury, że aż ciężko potem spojrzeć w lustro, a klient bawi się smartphonem, ciągle spoglądając na zegarek. Jak zawsze na spotkaniu zjawia się osoba niedecyzyjna, jakiś junior-junior, więc cały ten teatrzyk to zwykła strata czasu albo - jak to niektórzy zabawnie nazywają - budowanie relacji.
Po spotkaniu następuje cisza. Mimo że harmonogram pracy jest, delikatnie mówiąc, napięty, klient znika. Amba fatima, był klient i ni ma. Kiedy zbliża się termin wysłania plików do drukarni, projektów do programistów lub czegokolwiek innego, co wymaga jeszcze trochę czasu, do kogoś kolejnego, wszyscy są już pewni, że to ten moment, kiedy odnajdzie się zguba, i tak właśnie się dzieje. Klient przesyła sryliardy maili, telefony się urywają, a spotkaniom kryzysowym nie ma końca. Tłumaczenia są bardzo różne: projekt “zawieruszył mi się na biurku”, “robiliśmy testy korytarzowe”, “prezes był na urlopie” itp., itd. Moim ulubionym tego typu tekstem, który usłyszeliśmy od klientki, było: “Kot pozmieniał mi nazwy plików”. Po takim tekście człowiek mocno się szczypie i rozgląda, by sprawdzić, czy w drzwiach na pewno są klamki. To całkiem normalne: kot wziął i pozamieniał - jebany Behemot! Potem jest jeszcze zabawniej, bo leci: “Musimy jakoś razem opanować tę kryzysową sytuację” - co w wolnym tłumaczeniu z klienckiego znaczy: “Zjebałem strasznie, ale to ogarnijcie, bo prezes będzie zły, a wtedy oberwie się nam wszystkim”.
Wtedy zaczyna się maraton, jeszcze lepszy od tego przed poprzednią prezentacją. Jako że uczymy się na własnych błędach, grafik przychodzi z pampersem w spodniach, kreatywni zamawiają zapas alkoholu bezpośrednio do biura, a accounci podłączają headsety do telefonów, żeby nie dostać martwicy ręki od trzymania słuchawki. Przygotowujemy kolejne propozycje reklam, bo z tamtych żadna, jak się teraz okazuje, się nie nadawała. Nowe pomysły sa już trochę słabsze, bo czasu mało na wymyślenie czegoś sensownego, a debrief klienta okazał się całkowicie nowym briefem. Jednego dnia wypieprza się wszystko do śmietnika i zaczyna od nowa. Potem się wysyła i czeka na odzew z drugiej strony. Odzew przychodzi, wprowadza się poprawki i znowu wysyła. Piłeczka lata z lewej na prawą. Zaczyna się jazda i maile klasyczniejsze od klasyki: “Może spróbójmy połączyć pomysł numer jeden z pomysłem numer siedem, dodajmy do niego to call to action z trzeciego, powiększmy dwukrotnie 7% i logo, wyrzućmy tę grafikę i dajmy zdjęcie rodziny cieszącej się ze swoich oszczędności, niech benefit będzie bardziej widoczny, zmieńmy copy, bo to się kupy nie trzyma, nad hasłem też popracujcie, bo teraz w ogóle nie koresponduje ze zdjęciem”. Oczywiście, że nic z niczym nie koresponduje, bo wszystko jest, kurwa, pozmieniane. Na tym etapie ci co ambitniejsi, którym zależy na reputacji agencji, walczą z klientem i próbują przekonać go do swoich racji. Są płacze, błaganie i zaklinanie się na matkę, że mamy rację i nasz pomysł zadziała, ale potem pojawia się traffic i uświadamia tych walecznych, że nie ma już na nic czasu i jak chcemy się wyrobić, to chyba lepiej już nie kombinować.
Po tej fazie gładziutko jak po maśle wjeżdżamy w fazę, w której klient projektuje: “Proszę wstawić to zdjęcie (tu link do zdjęcia na stocku przedstawiającego szczęśliwą rodzinę), w haśle napisać «Najlepsze konto oszczędnościowe w Polsce!», w copy napiszcie (tu elaborat na temat zajebistości konta i tego, jak łączy ono tradycję z nowoczesnością), na dole dajcie adres strony, niebieski zróbcie bardziej biznesowy, ale też trochę ciepły i rodzinny, layout taki jak w manualu! Czekamy na feedback. ASAP.” Ta faza jest o tyle zajebista, że wiesz, że koniec jest już blisko. Wszystkie wytyczne z briefu dziwnym trafem poszły się walić i wychodzi nam uśmiechnięta rodzinka na białym tle i wielkie 7%. Zawsze zastanawiam się w tym momencie, po co ta cała zabawa? Nie lepiej by było, gdybyście od razu napisali, że chcecie zdjęcie ze stocku, duże 7% i logo na środku? O ile lepiej by nam się wszystkim żyło? Po co ten cyrk?
Ostatnia faza to już tylko wywalenie zdjęcia rodziny (bo jakoś tak przytłacza nasze wyjebane oprocentowanie) i drobne szlify klienckiego projektu (czy ten kolor jest na pewno tym z manuala, bo u koleżanki na monitorze wygląda jakoś tak mało bankowo?). Mamy środek nocy, wysyłamy pliki na serwery, zamykamy komputery i siedzimy chwilę w ciszy, aby uczcić los drukarzy lub innych nieszczęśliwców, którzy właśnie biorą się do pracy (grafik siedzi z błogim uśmieszkiem, bo chyba spodobało mu się sikanie bez wstawania od biurka). Potem trzeba ustalić ze wszystkimi, że nie przyznajemy się do projektu, bo wstyd na pół powiatu i można spokojnie coś wypić. Super Bowl to to nie jest, KTR-a z tego nie będzie, ale pensje wpłyną w terminie - jak tego nie kochać?
Jest jeszcze jedna opcja powstawania gównianych reklam: słaby klient i słaba agencja. Do tego typu współpracy dochodzi zazwyczaj w wyniku przetargów, w których jedyną wytyczną jest najniższa cena. To, jakie w takich (dosłownie) wypadkach powstają cuda, to temat na kolejny za długi jak na internet tekst, a na pisanie lub czytanie takowych czasu nie ma, bo trzeba popraweczki wprowadzać. Do roboty!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






